Małgorzata Glinka-Mogentale: Z siatkówką do końca życia.

 

glinka– To było nieuniknione. Kiedyś musiał przyjść ten moment, kiedy Małgorzata Glinka-Mogentale powie: stop, dość, nie gram. Dlaczego to stało się właśnie teraz, w tym momencie kariery, życia?

– Chyba dlatego, że osiągnęłam to, co chciałam. W sumie po powrocie do Polski nie myślałam, że będę grała jeszcze dwa lata. Tak się jednak wszystko szczęśliwie poukładało, że Grupa Azoty wraz z Chemikiem Police stworzyły super drużynę. Gdyby nie to, nie widziałabym siebie w innym zespole po tych 14 latach spędzonych za granicą. Wszystko potoczyło się dla mnie naprawdę nadspodziewanie pozytywnie. No i zagrałam dwa sezony, czas szybko zleciał. Nie powiem, że było mi łatwo. Proszę mi uwierzyć, że ten pobyt w Chemiku Police i sukcesy zostały okupione bardzo dużym wysiłkiem. Było ciężko. Zdobyłam jednak to, co chciałam. Ale różne czynniki, wiele spraw miało wpływ na to, że coraz częściej do moich myśli, do mojej głowy zaczął odcierać komunikat: odpuść sobie, czas na zmianę. Nie bez znaczenia były sprawy osobiste, w tym takie, dla niektórych może banalne, jak rozpoczęcie przez córkę nauki od września w pierwszej klasie. Ale i organizm sygnalizował, że potrzebuje odpoczynku. Zaczęłam odczuwać problemy z kolanami, których do tej pory nie miałam. Nie chciałam więc tego ciągnąć na siłę, robić krzywdę sobie, a tym bardziej ludziom, którzy na mnie liczą. Wydaje mi się, że ten moment jest najbardziej odpowiedni na taką decyzję. Było mi naprawdę ciężko ją podjąć. Tym bardziej, że Chemik Police nie był jedynym klubem, który proponował mi dalszą współpracę. O dziwo, co mnie bardzo cieszy, chciały mnie także inne kluby i miałam ciekawe propozycje. Jednak zobaczymy, jak to będzie. Może, kiedy sobie tak porządnie odpocznę, to mnie coś najdzie i pomyślę, że jeszcze bym sobie zagrała. Nie zatrzaskuję więc furtki raz na zawsze, bo ja nie lubię tego słowa: „zakończyć”. Powiedzmy, że ja po prostu robię sobie przerwę, nic nie kończę, bo ja cały czas jestem w środowisku sportowym i siatkarskim. Nie będę się z nikim żegnać, nie mam takiego zamiaru, bo z siatkówką zostanę na pewno do końca życia.

– Podjęcie tej ważnej i trudnej decyzji oraz jej ogłoszenie było na pewno ciężarem, z którym borykała się pani w swoich myślach, układała to sobie wszystko w głowie. Jak się pani czuje teraz, gdy wszystko jest już jasne, powiedziane i publicznie ogłoszone?

– Szczerze? No nie, nie mogę, bo określenie mojego samopoczucia w tej chwili, które ciśnie mi się na usta, nie nadaje się do publikacji (śmiech). Na pewno boli mnie głowa, jest dziś spuchnięta od tych wszystkich wywiadów, zdjęć, nagrań. Więc nie doświadczam jakiejś szczególnej ulgi, a ciśnienie, jak to się mówi, jeszcze ze mnie nie zeszło. Myślę, że z czasem to się zmieni, że to napięcie będzie spadało. No, ale trzeba się liczyć z tym, że skoro nie będziesz mógł robić tego co przez ostatnie 25 lat, to naprawdę łatwo nie będzie. Praktycznie musisz zmienić zawód, sposób życia, myślenia.

– Wszystkie wybory w swoim życiu, karierze uzależniała pani od zdania najbliższych. Jak rodzina zareagowała na tę decyzję?

– Nic się tutaj nie zmienia, nie ma jakiejś wyjątkowej sytuacji. Funkcjonujemy normalnie, jak zawsze. Teraz, w sierpniu są wakacje, jesteśmy razem, jest piękna pogoda, spędzamy czas w ogrodzie. Po prostu w pewnym momencie nie pójdę na trening. Zobaczymy, jak to będzie jesienią. Na pewno czeka nas duża zmiana, ale nie robię z tego jakiejś tragedii. Zawsze w życiu musimy podejmować decyzje, trzeba się zmierzyć z różnymi wydarzeniami. Daję sobie jakiś czas na dostosowanie się do nowej sytuacji. Ale spokojnie, na pewno nie będę dramatyzować, a i nudzić się też na pewno nie.

– A rodzice? Chyba są szczęśliwi z faktu, że mają córkę znowu blisko siebie?

– No jasne, że się cieszą. Teraz całe dnie spędzają działce i są w ogóle odcięci od informacji, tego wszystkiego, co się dzieje. Rano pojechali na zakupy i zobaczyli w sklepie gazetę z wielkim tytułem i moimi zdjęciami. Mama do mnie zadzwoniła, popłakała się i mówi: córcia, jestem taka dumna. A ja na to: mama przestań, nie płacz, bo i ja się rozpłaczę, a jadę właśnie do studia i jak będę wyglądać taka pobeczana? Ale wiadomo, to są duże emocje, bo rodzice zawsze byli blisko mnie i przeżywali wszystko bardzo mocno. Jeździli na mecze, wspierali mnie. Dla nich to też duża zmiana.

– Czasu nie da się cofnąć, zresztą chyba nie warto. Ale gdyby dzisiaj, w obecnej rzeczywistości Małgorzata Glinka miała 19 lat i sportowe sukcesy na swoim koncie, co by zrobiła?

– Nic zaskakującego, wyjechałabym za granicę (śmiech). Oczywiście, że bym wyjechała i grała tam jak najlepiej, uczyła się od najlepszych. Moim zdaniem, żeby szlifować talent, doskonalić umiejętności trzeba się otaczać różnymi ludźmi, przebywać w różnych środowiskach i brać stamtąd wszystko, co najlepsze. Tylko wtedy rozwijasz się jako człowiek, zawodniczka. W innym wypadku stoisz w miejscu, a to w rezultacie oznacza, że się cofasz. Chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że niektórych siatkarek nie stać na takie odważne decyzje z różnych powodów i w pełni szanuję takie wybory.

– Nigdy pani tego nie ukrywała, że wybór Chemika Police dwa lata temu był podyktowany dołożeniem do swojej bogatej kolekcji trofeów tytułu Mistrza Polski. To się udało zrobić dwukrotnie. Czy w związku z tym jest pani spełnionym sportowcem, czy pozostało jakieś niezrealizowane marzenie?

– Na pewno bardzo chciałabym mieć medal olimpijski. Ale to naprawdę ciężka sprawa. Trzeba mieć rzeczywiście bardzo mocny zespół, aby zawalczyć na takim turnieju. Byłam na igrzyskach, to dla mnie też bardzo ważna sprawa, duże przeżycie. Uczestniczyć w czymś takim, czuć tę atmosferę, tego nie wszyscy mogą doświadczyć. No i zawsze można było zdobyć więcej tych medali, sukcesów. Czy to z reprezentacją, czy w klubie wygrać więcej razy Ligę Mistrzów. Ale czy ja wiem, czy ja jestem taka zachłanna na te wszystkie sukcesy? (śmiech) Fajnie, że w ogóle coś tam zdobyłam, że coś wygrałam, bo czasami bywa tak, że sportowcy przez całą karierę nie osiągną nic spektakularnego, mają pusto na koncie sukcesów.

– Skoro przywołaliśmy Chemika Police i nasz klub. Czym dla pani były te dwa lata spędzone tutaj z punktu widzenia zawodniczki, siatkarki oraz osoby, która po kilkunastu latach emigracji wraca do kraju?

– To było dla mnie wielkie wyzwanie. Wszystkie oczy skierowane na mnie i wysokie cele, które zawsze stawiam przed sobą, zawieszam wysoko poprzeczkę. Pamiętam ten pierwszy mecz rozegrany jeszcze w Policach. To była tragedia w moim wykonaniu. Nie wiedziałam, jak się gra w siatkówkę, nie potrafiłam nic, tak byłam spięta. Okazało się, że każdemu to się może zdarzyć, a ja chciałam jak najlepiej, wróciłam przecież do swojego kraju. Ale patrząc z perspektywy dwóch lat, to był bardzo piękny czas. Wygrałyśmy przecież dużo, pokazałyśmy się w europejskiej siatkówce. Ja w tym wszystkim uczestniczyłam od środka, miałam swój udział. Jeśli ten klub będzie się nadal tak rozwijał jak dotychczas, to ja też mam w tym jakąś cegiełkę, którą dołożyłam do tego projektu. To jest fajne, dające satysfakcję, bo zdarzyło się to na początku działalności klubu, a to jest zwykle najtrudniejsze, bo brakuje doświadczenia, trzeba je zbierać. Wszystko, na takim zawodowym poziomie dopiero powstawało, drużyna, klub, sponsorzy. Były więc sytuacje niekiedy zabawne, aż do łez, ale były też radosne, również ze łzami w oczach. Emocji było naprawdę dużo i mogę się tylko cieszyć i dziękować wszystkim, którzy mi zaufali w klubie, sponsorom czyli Grupie Azoty, wszystkim, których spotkałam. Dziękuję, że byliście i jak to się mówi, trzymaliście ze mną. Naprawdę nie wiem, co jeszcze powiedzieć, by oddać szczerze to, co teraz czuję, bo emocje na to nie pozwalają.

– Pomówmy zatem wyłącznie o miłych sprawach. Co było dla pani największym, pozytywnym zaskoczeniem w Chemiku Police?

– Przyznam, że nie przypuszczałam, iż Chemik Police podoła takim poważnym zadaniom, wyzwaniom na początku swojej działalności. Czasem kluby z długą, bogatą historią nie są tak sprawne, nie organizowały nigdy Final Four. To była dla mnie wielka niespodzianka oraz coś, co budzi we mnie miłe wspomnienia oraz szacunek i uznanie dla wszystkich tych, którzy pracowali przy tej imprezie. To było fantastyczne. Poza tym nie sądziłam, że będziemy miały zapewnione tak znakomite warunki, że będziemy miały możliwość podróżowania samolotami na niektóre mecze, że ze wszystkimi osobami związanymi z klubem i drużyną będzie bardzo dobry kontakt, wspaniałe relacje. Cieszę się też, że w miarę dobrze zdrowotnie udało mi się przejść przez ten okres, że kończę grę nie z powodu tego, iż nie mogę, a to też świadczy o tym, jak klub zadbał o zaplecze medyczne i opiekę fizjoterapeutów. Naprawdę jest cała masa pozytywnych przeżyć i wspomnień. Ale muszę powiedzieć też o słabych momentach. Najgorsze co mi się przytrafiło przez te dwa lata, to występ w Final Four. Sportowo to była dla mnie jedna wielka porażka. I tyle.

– Wszystkich kibiców sportu, a siatkówki w szczególności interesują zapewne odpowiedzi na pytania: co teraz będzie robić Małgorzata Glinka-Mogentale, jak wykorzysta swój talent i doświadczenie?

– To zależy, czy ktoś będzie chciał z tego skorzystać (śmiech). Oczywiście są jakieś pomysły i propozycje, żeby zdyskontować to, co potrafię najlepiej. Moim marzeniem jest założenie szkoły, która będzie dostarczać nowe talenty, uzdolnioną młodzież do siatkówki. Wcale nie z zamiarem bycia trenerem, ale stworzenia miejsca, które będzie dla nich dobre i bezpieczne. Poza tym mam przed sobą całe mnóstwo rzeczy do zrobienia i nadrobienia oraz wszystko to, co przyniesie życie. Przyznam, że już kilka razy słyszałam pytania typu: no i co ty teraz będziesz robiła? A ja odpowiedziałam, że ja już się w życiu narobiłam, a teraz może odpocznę, coś zobaczę, znajdę coś nowego (śmiech).

– Na przykład zajmie się pani trenowaniem córki, Michelle? 

– Nie, nie, bez przesady. Na pewno bardzo bym chciała, żeby w przyszłości zajęła się siatkówką, bo to moim zdaniem bardzo dobry sposób na życie. Zobaczymy, czas pokaże. Na pewno krzywdy jej nie zrobię, będę chciała, jak każda matka, jak najlepiej dla swojego dziecka. Na wszystko przyjdzie czas, także na takie decyzje, które na pewno nie będą podejmowane wbrew jej woli czy zainteresowaniom.

– Na koniec pytanie bynajmniej nie retoryczne. Jakiej drużynie będzie pani kibicowała w nadchodzącym sezonie?

– Ojej! Wiadomo, że serce będzie szybciej biło dla Chemika Police, ale tak naprawdę będę kibicowała i trzymała kciuki za siatkówkę, za to, żeby się podnosił jej poziom, żeby nie tylko liga, ale reprezentacja była silna, żeby pojawiło się jak najwięcej młodych talentów, które przeżyją w swojej karierze takie emocje jak ja i osiągną może jeszcze więcej sukcesów niż mi się udało.

– W związku z tym zobaczymy Panią w Azoty Arenie? Sympatycy Chemika Police zapewne na to liczą i powitają panią z wszelkimi honorami przysługującymi najbardziej utytułowanej polskiej siatkarce.

– Na pewno będę przyjeżdżała, ale proszę, bez żadnych pożegnań, bo nie lubię takich sytuacji, rozklejam się zaraz. Zresztą się nie żegnam.

– W takim razie umawiamy się, że będą tylko radosne powitania przy każdej kolejnej wizycie.

– Tak, to bardzo dobry pomysł, zatem do zobaczenia.

Uwaga kibice! Jeśli chcecie przekazać Małgorzacie Glince-Mogentale podziękowania i życzenia zapraszamy na oficjalnego Facebooka klubu oraz Twittera pod hasztagiem #MAGGIEJESTEŚWIELKA