Marek Ratajczak – policzanin stanął na szczycie Aconcagui – najwyższej góry obu Ameryk
To już kolejna po Mont Blanc samotna wyprawa Marka Ratajczaka zakończona powodzeniem. W południe 14 lutego tego roku na szczycie Aconcagui ( 6962 mnpm) -najwyższej góry obu Ameryk, a zarazem najwyższej góry na świecie poza Himalajami, stanął policzanin Marek Ratajczak- podróżnik, pisarz, alpinista. Wyjazd do Ameryki Południowej poprzedzony był wieloma miesiącami przygotowań zarówno fizycznych, jak i logistycznych. „ Przede wszystkim kondycja, czyli treningi biegowe, jak i udział w biegach długodystansowych ( min. w Polickiej Piętnastce i Ćwierćmaratonie Polickim oraz w Maratonie Puszczy Wkrzańskiej) i śrubowanie ogólnej wytrzymałość organizmu na siłowni, jak również w terenie. Poza tym logistyka, czyli przygotowanie tras, baz noclegowych , pozwoleń, biletów, wiz, specjalistycznego sprzętu, odpowiedniej diety, żywności, aktualizacja informacji itp. ”- mówi policzanin. Jak się następnie dowiedzieliśmy, wyprawa trwała ponad miesiąc, przy czym samo zdobywanie góry dwa tygodnie. Po zdobyciu Aconcagui podróżnik odwiedził jeszcze kilka interesujących miejsc w Ameryce Południowej.
Zapytaliśmy go o parę ciekawostek z tej wyprawy.
Wieści:
Ponad rok temu w Markowych Rozmowach opowiadałeś o twojej samotnej wyprawie na Mont Blanc, którą następnie opisałeś w książce „Krew Bacy”. Teraz kolejna samotna wspinaczka na nie lada górę, prawie siedem tysięcy metrów. Która wyprawa była trudniejsza i dlaczego wchodzisz sam, a nie w zespole?
Marek Ratajczak:
Wydaje mi się, że bardziej w kość dała mi jednak Aconcagua. Na pewno Mont Blanc jest bardziej wymagający technicznie, ze względu na stromizny, wąskie granie, zlodowacenia i szczeliny, ale jest znacznie niższy i z doskonałą infrastrukturą( nowoczesne schroniska, poręczówki i schrony)dzięki temu w odpowiednich warunkach pogodowych można zastosować przy podejściu styl alpejski, czyli maksymalnie szybko i bez przesadnej aklimatyzacji. Natomiast Aconcagua wymaga, głównie ze względu na wysokość tzw. stylu oblężniczego, czyli zakładanie w drodze na szczyt obozów pośrednich, wynoszenie do nich depozytów i co za tym idzie odpowiedniego zaaklimatyzowania organizmu do niskiego poziomu tlenu. Jednym słowem powoli, mozolnie, ale do przodu. Gdy do tego dodam huraganowe wiatry, brak wody pitnej i mrozy sięgające nocą -40stopni, to Aconcagua była summa summarum trudniejsza. Dlaczego sam? To już chyba kwestia charakteru, choć na Mont Blanc pierwotnie miałem wspinać się z kolegą, ostatecznie wyruszyłem w pojedynkę. Jednak przy każdej okazji przestrzegam wszystkich przed samotną wspinaczką. Alpinizm jest z założenia sportem zespołowym, głównie ze względów bezpieczeństwa, ale również jeżeli chodzi o skuteczność w osiąganiu celu.
Wieści:
Czy miałeś jakieś kryzysowe czy niebezpieczne sytuacje? Czy myślałeś o wycofaniu się?
Marek Ratajczak:
Tak. O ile pamiętam dwukrotnie myślałem o rezygnacji i powrocie. Pierwszy raz w obozie bazowym na wysokości 4300mnpm, gdy zaskoczyła mnie w nocy choroba wysokościowa potwornym bólem głowy i brakiem oddechu. Musiałem rano wycofać się niżej, odetchnąć i zrobić sobie podejścia aklimatyzacyjne. Pomogło. Drugi raz podczas nocnej wspinaczki na wysokości 6200, przy huraganowym wietrze i niemal 40 stopniowym mrozie, potwornie przemarzłem i omal nie odmroziłem sobie stóp. Zmuszony zostałem do powrotu do obozu bazowego. Tej samej nocy helikopter ratowniczy zabrał do szpitala ukraińskiego wspinacza z sąsiedniego namiotu z poważnymi odmrożeniami kończyn i twarzy. W tak wysokich górach niski poziom tlenu i nieprzewidywalna pogoda to główne zagrożenia.
Wieści:
A teraz może powiesz coś o sprawach przyziemnych? Co jadłeś i piłeś? Gdzie spałeś i jak w takich warunkach załatwiałeś potrzeby fizjologiczne?
Marek Ratajczak:
Hm… Powyżej obozu bazowego jadłem głównie liofilizaty, czyli wysokowartościową żywność w małych foliowych torebkach przetworzoną tak, żeby była lekka i łatwa w przygotowaniu i piłem stopioną ze śniegu wodę. Jedna reklamówka typu Biedronka, Lidl czy Farmer, po półtoragodzinnym topieniu dawała ok. 1 litra wody. Spałem w swoim namiocie. Hm … załatwiałem się bardzo rzadko, bo w sytuacjach stresowych mam obstrukcję( śmiech). Przy wejściu do obozu bazowego dostałem od strażników parku worek na ekstrementy. Według regulaminu powinienem załatwiać się do niego i wraz z całą zawartością okazać przy wyjściu z Parku Narodowego, już po zejściu z góry. Jeśli nie, groziły wysokie kilkuset dolarowe mandaty. W praktyce było, jak było.
Wieści:
Czyli?
Marek Ratajczak:
Przejdźmy do innego zestawu pytań.
Wieści:
Dobrze. Co ciekawego zwiedziłeś po zejściu z gór?
Marek Ratajczak:
Potwornie wymarzłem w górach, wiec postanowiłem odwiedzić bardzo gorącą i najsuchszą pustynię na świecie Atacama. Podróż autobusem zajęła mi 20 godzin, ale warto było. Spaliłem się już pierwszego dnia wiec kolejnego mimo 40 stopniowych upałów chodziłem w kurtce i długich spodniach. Dla ochłody kąpałem się w zasolonych jeziorkach oazowych w których jak balon nie mogłem się zanurzyć. Za to po wyjściu byłem pokryty słonym białym osadem, niczym zabłąkany bałwan. Przy okazji zwiedziłem Dolinę Księżycową, na której kręcono min Gwiezdne Wojny. Faktycznie przypominała powierzchnię Księżyca czy Marsa. Po prostu kosmos.
Jak już się wygrzałem to postanowiłem ochłonąć nad brzegiem Pacyfiku. Wybrałem się więc do Valparaiso. Bajeczne miasto położone nad oceanem i usytuowane na kilkunastu andyjskich wzgórzach (z wspaniałymi widokami na pobliski port i zatokę), na które wjeżdża się zabytkowymi kolejkami. Kolorowe staromiejskie domy, artystyczne na nich graffiti, wąskie klimatyczne uliczki z kawiarniami i galeriami sztuki, muzycy na ulicy i artyści odgrywający swoje performance na pasach dla pieszych. Art. Chile w pigułce. Po prostu kosmos.
Wieści:
Plany na przyszłość?
Marek Ratajczak:
Mnóstwo, że aż brakuje kartek w kalendarzu. Jak zrealizuję któreś z nich, to na pewno dam znać ( śmiech).
Z Markiem Ratajczakiem rozmawiał

